Zamknięta strefa 27 lat po awarii w Czarnobylu

W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku miała miejsce poważna awaria reaktora nr 4 w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej im. Włodzimierza Lenina. Paradoksalnie stało się to podczas testu bezpieczeństwa. Jednak warunki tego eksperymentu dalekie były od bezpiecznych. Test miał sprawdzić zachowanie turbiny po odcięciu dopływu pary, a dokładniej, na ile można wykorzystać energię jej bezwładności do napędu pomp i innych urządzeń pomocniczych. Pierwszym poważnym błędem był więc wybór miejsca – elektrownia zamiast fabryki turbin.

Drugim ważnym ogniwem był czas. Eksperyment pierwotnie zaplanowano na prawie dobę wcześniej, jednak z powodu wysokiego zapotrzebowania na energię elektryczną, elektrownia nie mogła wtedy obniżyć mocy. Pomimo zastąpienia obsługi, która była przygotowana do testu przez zespół nieprzygotowany, próbę tę wykonano. Najważniejszy był jednak panujący wtedy na wschodzie system polityczny. Zimna wojna wymagała nieustannego wyścigu zbrojeń. Dlatego nawet reaktory energetyczne na terenie ZSRR musiały produkować pluton czystości wojskowej. Wzbogacanie plutonu, czyli zmiana udziału poszczególnych jego izotopów, w odróżnieniu od uranu nie jest technicznie wykonalne. Zatem, by otrzymać materiał odpowiedni do budowy bomb, należało zastosować szereg kontrowersyjnych rozwiązań. Po pierwsze do spowalniania neutronów należało użyć grafit. Po drugie paliwo (uran naturalny) powinno być wymieniane podczas pracy reaktora. Ponadto, ponieważ reaktor przeznaczony był również na potrzeby energetyki, powinien mieć również odpowiednio dużą moc.

Tak powstał budzący wiele wątpliwości reaktor typu RBMK. Jego rozmiary, studnia o średnicy ponad 20 metrów i głębokości około 25, wykluczały możliwość zastosowania tzw. obudowy bezpieczeństwa, czyli bariery chroniącej świat zewnętrzny przed uwolnieniem radioaktywnych substancji. Ze względów bezpieczeństwa wewnętrznego, projekt ten nie był konsultowany z międzynarodowymi ekspertami ds. bezpieczeństwa jądrowego. Dlatego poprzez zbyt skomplikowany system sterowania możliwe było tzw. dodatnie sprzężenie zwrotne, czyli niekontrolowany wzrost mocy na skutek błędu operatora. Nawet sami operatorzy nie byli tego w pełni świadomi.

Tuż po pierwszej w nocy rozpoczęto wspomniany test. Odcięcie dopływu pary wiązało się z koniecznością gwałtownego obniżenia mocy samego reaktora. Nastąpiło jednak dodatnie sprzężenie zwrotne i moc reaktora wielokrotnie przekroczyła wartość maksymalną. W konsekwencji miały miejsce krótko po sobie dwie eksplozję, parowa – czyli rozerwanie rurociągów pod wpływem dużego ciśnienia oraz wybuch wodoru.

Z budynku pozbawionego dachu zaczęły uwalniać się izotopy promieniotwórcze. Strumień gorącego powietrza unosił radioaktywne substancje do atmosfery. W trwającym prawie 2 tygodnie gaszeniu pożaru biorą udział setki pilotów wojskowych. Dopiero po zrzuceniu ponad 5 000 ton mieszanki piasku, ołowiu oraz materiałów neutralizujących neutrony pożar udaje się opanować. Po zatrzymaniu emisji substancji radioaktywnych, należało jeszcze zabezpieczyć paliwo jądrowe, w tym celu zbudowano tzw. sarkofag, który przykrył zniszczony blok nr 4.

Budowa sarkofagu trwała 7 miesięcy. Przy sprzątaniu miejsca wypadku i jego budowie wzięło udział około 100 000 żołnierzy i ponad 400 000 cywili, zwanych do dzisiaj likwidatorami. Wokół elektrowni utworzono 30 km strefę zamkniętą, z której ewakuowano około 115 000 mieszkańców. W jej ramach odstrzelono wszystkie zwierzęta oraz zniszczono budynki tak, aby nie nadawały się do zamieszkania. Elektrownia została ostatecznie zamknięta pod koniec 2000 roku.

Średnia roczna skuteczna dawka od promieniowania naturalnego na Świecie wynosi 2,4 mSv. Likwidatorzy w Czarnobylu otrzymali dawkę 120 mSv, czyli ilość przewidzianą prawie na całe życie, natomiast ewakuowana ludność cywilna – 30 mSv. Ponadto w ciągu 20 lat od katastrofy, mieszkańcy obszarów przyległych do strefy zamkniętej otrzymali dawkę 9 mSv, natomiast mieszkańcy innych krajów Europy (w tym Polski), w pierwszym roku po katastrofie, nie więcej niż 1 mSv.

27 lat później promieniowanie jonizujące w strefie zamkniętej nie stanowi zagrożenia. Na większości obszarów nie przekracza średniego promieniowania tła na świecie (1/3 µSv/h). Nie znaczy to jednak, że wróciło do lokalnej normy. Promieniowanie naturalne w tym rejonie jest niższe od średniego na świecie ze względu na podłoże mniej bogate w skały.

Ulice Czarnobyla nie tętnią życiem, jak kiedyś, ale nie są już całkowicie opuszczone. Do miasta wróciło około 1 000 mieszkańców, którzy na nowo o nie dbają i organizują sobie życie. Doprowadzono tu nowy rurociąg z wodą, a jedzenie jest regularnie dowożone spoza strefy. Działają tu dwa sklepy, cerkiew oraz dwa hotele i stołówka dla turystów.

Na głównym placu znajduję się pomnik upamiętniający ewakuację, duża wybetonowana mapa strefy zamkniętej oraz dwa rzędy krzyży z nazwą każdej ewakuowanej miejscowości – w sumie około stu (rys. 1). Na ścianie pobliskiego budynku widać obraz bocianów uciekających z wnętrza reaktora, co symbolizuję ucieczkę szczęścia i życia.

Rys. 1 Główny plac w Czarnobylu – każdy krzyż symbolizuję ewakuowaną miejscowość (fot. Aleksander Denis)

Rys. 1 Główny plac w Czarnobylu – każdy krzyż symbolizuję ewakuowaną miejscowość (fot. Aleksander Denis)

Kilka minut drogi od centrum, przed jednym z posterunków straży pożarnej postawiono pomnik upamiętniający pierwsze, niczego nieświadome ofiary akcji gaśniczej. Strażacy w całej strefie do dziś pozostają w pełnej gotowości. Większość uwolnionych substancji radioaktywnych znajduję się w roślinach i 20 cm warstwie ziemi. Pożar na tym obszarze grozi wtórną emisją radionuklidów do atmosfery. Kolejnym ciekawym miejscem jest cmentarzysko robotów, z pomocy których korzystano w pierwszych dniach likwidacji. Niestety nie były one ani odporne na promieniowanie, ani nie były przystosowane do pracy na gruzowisku. W strefie zamkniętej znajduję się również cmentarzysko helikopterów i innego sprzętu ciężkiego, ale nie jest ono dostępne dla turystów.

Przy w drodze w kierunku elektrowni, przy pomniku żołnierzy walczących w II Wojnie Światowej, znajduję się opuszczone przedszkole. Straszy tu przerdzewiały plac, połamany płot i popsute zabawki pośród drzew. Przy drzwiach wejściowych wisi instrukcja dla dzieci jak przechodzić przez ulicę, a w pomieszczeniach do leżakowania porozrywane poduszki.

Korzystając z licznika Geigera wyraźnie widać, że w okolicy jednego budynku poziom promieniowania może różnić się w zależności od miejsca. Rośnie przy roślinach, które wyrosły ze skażonej ziemi, gdzie osiąga 10-krotność tła naturalnego. W miejscach, gdzie zbiera się kurz, czy na ścianach zewnętrznych, po których razem z deszczem spływał pył osiadły na dachu może osiągnąć nawet 100-krotność tła.

Dlatego podczas zwiedzania należy stosować się do rad przewodnika. Nie ze względu na zagrożenie dla zdrowia, ale jeżeli przy opuszczeniu strefy bramka dozymetryczna coś wykryje, to turysta może stracić ulubioną bluzę, nawet jeśli tylko oparł się o ścianę.

W drodze pod blok nr 4 mija się widok znany z Żarnowca, czyli nigdy nieskończone bloki 5 i 6 wraz z chłodnią kominową (rys. 2). Pierwsze cztery wykorzystywały wodę z pobliskiego jeziora doprowadzaną kanałem. Jeszcze do niedawna pływały tam gigantyczne sumy, ale w ramach prac likwidacji elektrowni kanał został osuszony.

Rys. 2 Katastrofa zatrzymała budowę bloków 5 i 6 (fot. Aleksander Denis)

Rys. 2 Katastrofa zatrzymała budowę bloków 5 i 6 (fot. Aleksander Denis)

Przy samym sarkofagu praca idzie pełną parą. Zbudowana w ekstremalnych warunkach prowizoryczna konstrukcja zaczyna się sypać. Jej dach w dużej części spoczywa na ścianach budynku elektrowni, które doznały poważnych uszkodzeń na skutek wybuchu. Ponadto ważąca ponad tysiąc ton pokrywa reaktora pozostaje w niestabilnym położeniu. Spoczywa ona na uszkodzonej studni reaktora i kiedyś spadnie wzniecając tumany pyłu oraz naruszając stary sarkofag.

Dlatego przy wsparciu finansowym Unii Europejskiej budowany jest nowy sarkofag (rys. 3). Powstaje on w pewnej odległości od elektrowni. Po zakończeniu budowy konstrukcja najedzie na szynach i przykryje poprzednika. Rozpiętość łuku to ponad 250, wysokość ponad 100, a długość ponad 150 metrów. Koszt inwestycji to prawie 1 mld euro. Nowy sarkofag często nazywa się piramidą naszych czasów, ponieważ ma przetrwać tysiące lat. Na placu przed elektrownią stoi pomnik dedykowany bohaterom, którzy uratowali świat od katastrofy.

Rys. 3 Widok na konstrukcję nowego sarkofagu (fot. Aleksander Denis)

Rys. 3 Widok na konstrukcję nowego sarkofagu (fot. Aleksander Denis)

Podobno pewna grupa osób uznaje sarkofag za miejsce kultu. Ludzie ci regularnie zbierają się w jego pobliżu by chłonąć promieniowanie jonizujące. Jeszcze inni traktują to miejsce jako pokaz gniewu nieznanych mocy, czy zemstę na potomkach Chmielnickiego, który pochodził z tej okolicy.

W sąsiedztwie elektrowni, niedługo po katastrofie miało miejsce ciekawe zjawisko. Liście drzew w lesie po stronie nawietrznej zmieniły kolor na skutek intensywnego promieniowania. Ze względu na kolor zyskał on miano czerwonego lasu. Drzewa te zostały ścięte i zakopane pod ziemią. Wbrew powszechnym przekonaniom aktualnie rośnie tam już zupełnie inny las. Poziom promieniowania jest tu zdecydowanie najwyższy w całej strefie i na obszarze niecałego kilometra kwadratowego wynosi 12 µSv/h.

Oprócz ludności i elektrowni, w wypadku ucierpiała jeszcze jedna rzecz – radar pozahoryzontalny Duga, zwany również Okiem Moskwy. W czasie Zimnej Wojny pełnił on rolę systemu wczesnego ostrzegania przed amerykańskimi rakietami. Emitowany sygnał był tak silny, że zaburzał transmisje innych nadajników. W Europie ten sygnał został ochrzczony rosyjskim dzięciołem. Obiekt był naszpikowany elektroniką, która nie wytrzymała starcia z promieniowaniem. Konstrukcja masztów jest dobrze widoczna z punktów widokowych w całej strefie.

Największym ewakuowanym miastem była 50-tysięczna Prypeć (rys. 4). Stanowiła ona miejsce zamieszkania dla tysięcy pracowników elektrowni i ich rodzin. Miasto założone w 1970 miało być wschodnim symbolem nowoczesności. Jego mieszkańcy mieli dostęp do rozrywek, o których przeciętny mieszkaniec bloku wschodniego mógł tylko pomarzyć: kina, baseny, wesołe miasteczko, czy boiska piłkarskie to tylko niektóre z nich.

Dzisiejsza Prypeć przypomina post-apokaliptyczny krajobraz rodem z Hollywood, z tą różnicą, że nie biegają tu dwugłowe psy ani inne zombie. Miasto uderza swoim ogromem, pustką i… flagą nieistniejącego już ZSRR na głównym placu. Gruzowiska opuszczonych budynków, graffiti namalowane przez wielbicieli turystyki ekstremalnej, czy dziury w ścianach po kablach wyrwanych na złom są dosłownie wszędzie.

Rys. 4 Główny plac w Prypeci (fot. Adam Rajewski)

Rys. 4 Główny plac w Prypeci (fot. Adam Rajewski)

Można odnieść wrażenie, że matka natura wraca po swoje. Drzewa rosnące wszędzie: na środku dwupasmowej drogi, na betonowej rampie, na środku boiska, a nawet na dnie krytego basenu. Ze względu na wyludnienie, strefa przypomina rezerwat przyrody. Żyje tu wiele gatunków zwierząt, które dzięki braku naturalnych wrogów mają idealne warunki do życia i rozmnażania: niedźwiedzie, dziki, sarny, jelenie, jaskółki, lisy, konie, wilki, bobry, ptaki drapieżne, koty, węże i inne.

W niektórych miejscach Prypeci wyraźnie widać jej aktualny, turystyczny charakter. Na sali gimnastycznej możemy skoczyć przez kozła, na porodówce przeczytać księgę urodzeń, a w sali koncertowej pobrzdąkać na fortepianie (rys 5). Na jednym placu specjalnie postawiono chwytak z maszyny do rozbiórki, by każdy mógł obserwować jak rośnie wskazanie na liczniku Geigera (dochodzi do ponad 500 µSv/h). Wskazania rosną również tam, gdzie leżą stosy ubrań, masek gazowych i innego sprzętu służącego w akcji ratunkowej.

Rys. 5 Sala porodowa w Prypeci (fot. Adam Rajewski)

Rys. 5 Sala porodowa w Prypeci (fot. Adam Rajewski)

Wycieczki turystyczne do Czarnobyla cieszą się coraz większym powodzeniem. Niestety 27 lat temu nikt o tym nie myślał. Dlatego z dnia na dzień atrakcji turystycznych w strefie będzie tylko ubywać. Po zakończeniu prac nad nowym sarkofagiem planuje się utworzyć na terenie byłej elektrowni składowisko odpadów radioaktywnych.

W Polsce już kilka biur turystycznych oferuję wycieczki do strefy zamkniętej. Ich koszt zależy oczywiście o liczby uczestników i dla 20-osobowej grupy wynosi niewiele ponad tysiąc złotych. Ze względu na znaczą odległość do przebycia zwykle turyści zatrzymują się po drodze we Lwowie i Kijowie.

Aleksander Denis

inż. Aleksander Denis – student V roku energetyki o specjalności energetyka jądrowa na Politechnice Warszawskiej.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *